Wietrzny Kołobrzeg łaskawy dla Nas !

W minioną sobotę, 20 sierpnia 2011, rozegrany został „VI Kołobrzeski Bicykl Maraton” – 10-ta już edycja tegorocznego cyklu Puchar Polski w Maratonach Szosowych. Do końca zostały już tylko trzy, w tym przedostatni w nieodległej od Torunia Iławie.

Tak się złożyło, że ten dzień okazał się, choć pogodny, bardzo wietrzny w całej Polsce, a nad morzem szczególnie może to doskwierać. Takie warunki okazały się jednak niestraszne dla naszych 5 zawodników, którzy przyjechali na bardzo wysokich pozycjach w swoich kategoriach, a Sławomir Foremski stanął nawet na podium zajmując 2. miesjce w kat. Giga-M4 (264km !)
Drugim podium cieszył się Janusz Zabielski startujący na dystansie Mini na rowerze górskim, w swojej kat. zajął 3. miejsce. Natomist Marcin Fausek okazał się najszybszy z nas na dystansie Mega, zajmując 5. miejsce w kat.(M3-szosa) oraz 12. w open. Pozostali zawodnicy również spisali się świetnie. Gratulacje !

Relacja Marcina Fauseka:

Anno Domini 20 sierpnia 2011 ranek powitał mnie słońcem, no i niestety silnym wiatrem. Dzień zapowiadał się ciekawie.

O godz. 9.38 miałem wyznaczona porę startu na dystansie 150 km. Było kilkuminutowe opóźnienie i z moją grupką czekaliśmy na naszą kolej.

No i pora nadeszła – sędzia odliczał sekundy i w końcu nas puścił do boju. Startujemy ostro do przodu i o zgrozo po 30 metrach musimy hamować gwałtownie, ponieważ na drogę wszedł przypadkowy człowiek, który najwyraźniej się zagapił i mu zaaplikowaliśmy niezłą dawkę strachu, ponieważ nie mógł uciec ani w jedną ani w drugą stronę. Na szczęście nie było kraksy i pojechaliśmy dalej.

Początek jazdy jest przyjemny, grzejemy z wiatrem ponad 40 km/h, nasza grupka 10-cio osobowa sypie się, zostało nas pięciu i w tym składzie jedziemy długo i solidarnie, współpracując ze soba wyprzedzaliśmy inne grupki. Co jakiś czas ktoś próbował z nami jechać i do ok 90 km nasza grupka urosła do ok 12tu osób. Po drodze wyprzedzamy Ryśka, który jechał swoim tempem, po jakimś czasie wyprzedzamy Włodka i zauważyłem, że długo z nami jechał. Mijamy pierwszy bufet i widzę, że nikt nie jest zainteresowany doładowaniem w siebie paliwa i wody. No trudno, gdyż jestem przyzwyczajony do maratonów mtb, gdzie obsługa podaje żywność i picie, a tu obsługa stoi i się patrzy. „Co kraj to obyczaj”, inne są zwyczaje na szosowych maratonach. Po pierwszym bufecie, na ok 90-tym kilometrze doszła nas kilkunastoosobowa grupa mocnych zawodników, nawiasem mówiąc, że ich się spodziewałem. I w zwiększonym składzie jechaliśmy ostro. Mijamy kolejny bufet, a tu zawodnicy wpatrzeni w swoje kiery gnali do przodu i zmartwiony brakiem możliwości uzupełnienia bidonu i żarcia musiałem jechać zgodnie z zasadą demokracji… Miałem do wyboru jechać z grupą, albo zostać i zmarnować szansę na wynik. Owszem, miałem swoje zapasy, ale jednak to było za mało. Jesteśmy w drodze powrotnej, sprzyjający wiatr już jest bardzo niesprzyjający i strasznie porywisty zarzucając naszymi rowerami na boki. Z uwagi na wiatr i ostre tempo grupa zaczęła gwałtownie sypać się i tak systematycznie kurczyła się. No i na ok 110 km z powodu braku doświadczenia w szosowej jeździe w grupie przyszło i na mnie „bęc”, nogi kompletnie odmówiły mi posłuszeństwa nie dając rady z wiatrem i zostałem w tyle opuszczając grupę ok 13to osobową, która powoli oddalała się. Na szczęście, po chwili mojej samotnej jazdy doszedł mnie rozbitek  i we dwóch dogoniliśmy kolejnego rozbitka i w tym składzie jechaliśmy dalej dzielnie, prząc pod niesamowity wiatr, z prędkością prawie 28km/h. Oj, straszny był ten wiatr i pomimo regularnego jedzenia i picia zapasy glikogenu mi spadły do zera i kompletnie straciłem cukier we krwi, co mnie zupełnie odcięło i myślałem tylko o jedzeniu… Koszmar! Jedziemy i widzę kolejny bufet, no i moja nadzieja mi podskoczyła, ale po chwili mi opadła, gdyż moi współzawodnicy w ogóle nie zauważali bufetu i śmignęliśmy, a ja z rozczarowaniem patrzyłem na ludzi z obsługi, którzy zamiast podać banana i picie, to oni byli zaabsorbowani spisywaniem numerów zawodników. Porażka!!! A ja cierpię i tracę kontakt ze świadomością i tak ledwo żywy na rezerwie przy migotającej czerwonej lampce dojechałem do mety „siedząc na kole” dwóch zawodników. Po mecie pierwsze co zrobiłem to uzupełniłem wodę i cukry w organizmie, no i po 10 min poczułem się znacznie lepiej. Także mam dla siebie nauczkę, na szosowe maratony trzeba mieć przy sobie co najmniej 2,5 l izotoniku i więcej żeli, gdyż na bufety nie ma co liczyć. Po chwili wywiesili wyniki i ku mojemu zaskoczeniu przeczytałem:

byłem 12-ty w OPEN,  a 5-ty w M3 (pomimo mojego kryzysu przez ostatnie niemal 50 km)

Włodek Cz. był 33 O, 10 w M5 (mega 153 km)

Rysiek S. był 55 O, 19 w M5 (mega 153 km)

Bardzo ładnie i dzielnie pojechali nasi pozostali maratończycy, którzy właśnie pokazali nam jak się wskakuje na pudło:

Sławek F. był 11 w OPEN, a 2-gi w M4 (giga 264 km)

Janusz Z. był 91 w O, 3 w M5 (mini 82 km w klasyfikacji jeżdzących na mtb)

Galerie zdjęć

Wyniki

Czyżniewski Włodzimierz: 10. kat. (Mega-M5-szosa) 33. open,  04:52:15  31,41km/h
Fausek Marcin
: 5. kat. (Mega-M3-szosa)  12. open,  04:24:15  34,74km/h
Foremski Sławomir
: 2. kat. (Giga-M4-szosa)  11. open,  08:31:11  30,99km/h
Sulecki Ryszard: 19. kat. (Mega-M5-szosa) 55. open,  05:04:51  30,11km/h
Zabielski Janusz: 3. kat. (Mini-M5-MTB) 91. open,  02:56:11  27,93km/h